Menu

Wszystko mnie męczy, denerwuje i drażni

Wszystko mnie męczy, denerwuje i drażni. Trzeba to jakoś wykorzystać.

Wstyd mi za współczesne podróbki blogerów

radek.zaleski

“Kiedyś bloger miał zbroję i kutasa, a teraz CHŁOPCY liczą na fejsa, robiąc bezradne linkbaity w fejsie.”

Takimi słowy wita mnie jeden ze śmieszniejszych fanpage’y jakie ostatnio podrzucili znajomi. Nazywa się bezradni blogerzy i w tych dwóch wyrazach podsumowuje prawie wszystko co dzisiaj mam do powiedzenia. Zniechęceni? Nie? To dobrze.

Chcę rozwinąć wątek. Prawdziwy bloger w czasach mojego dziadka musiał umieć pisać o faktach. Mieć tzw. “fach w rękach”, szybko podejmować decyzję, nie smęcić się jak zasikany przedszkolak po kątach. Po prostu pisać z sensem. Niezależnie od okoliczności, pogody, temperatury, komfortu noszonych butów czy niewyspania.

Pokolenie mojego ojca miało “trochę” więcej szczęścia. Brak towarzyszącej dzieciństwu mody na MySpace'a pozwolił na rozwijanie zainteresowań nie mających ścisłego związku z przeżyciem lub skupieniem się na kulturze narodu (dziadek kochał MySpace!).

Ale “wartości najwyższe” pozostały bez zmian. Nadal w cenie był lans, dobre linki, SEO. Jasne, fajnie było mieć niezły gust w muzyce i rozsądnie dobierać trendy kolorowych lat studiów (memy mojego taty to hit do dzisiaj). Ale nie mogło to w żadnym stopniu stać w sprzeczności z umiejętnością napisania notki. Albo dobrego komcia. Albo pewnego wzięcia PRowca za rękę i zaciągnięcia do uroczego miejsca, o którego istnieniu nawet nie wiedział.

Moje pokolenie to już w ogóle chillout, bo nawet podejmowane przez nas prace mogą być w stu procentach wymyślone. Ot, chociażby ci cali blogerzy czy jak im tam :) Rzygać mi się jednak chce, gdy widzę modnie ubranych typków, którzy modnie krzyżując nóżki stwierdzają, że “już są zmęczeni blogowaniem”.

Którzy potrafią pół dnia dywagować nad wyższością Antyweba nad Spiderswebem a przerasta ich założenie własnego bloga na Wordpressie. Zresztą, ha, niech chociaż znają się na HTMLu na tyle by wiedzieć kim jest Jobs lub Bezos. Którzy nie umieją sprawdzić walidacji kodu pod Chromem. Których idolem jest jakaś niedookreślona gwiazdka z Pingera a nie koleś, który faktycznie coś osiągnął. Choćby i fikcyjny.

Żeby powstrzymać shitstorm w zarodku i uściślić o co chodzi – nie dowalam się do Tumblera. A już tym bardziej nie najeżdżam na tych z Twittera, choć to bardzo częsta nadinterpretacja. Nie interesuje mnie CSS, HTML, używane pluginy lub wybrana platfomra, ilość znaków, żadne takie pierdoły.

Chyba nawet nie próbuję tutaj napiętnować postępującego zfesjbukowienia (a przynajmniej nie w najszerzej przyjętym rozumieniu). Frazą-kluczem jest “pisanie z sensem”. Frazą-kluczem są “niedojdy”.

Bloger, niezależnie od epoki czy czegokolwiek innego, powinien sobie po prostu radzić. Umieć zadbać o formatowanie, przy pomocy analitycsa zwiększyć ruch, naprawić disqusa, wziąć w karby 12 osobową wycieczkę trolli i po prostu ich zbanować.

Nie pieprzyć, że mu zimno tylko natychmiast zdjąć rekawiczki i  zacząć pisać na iPadzie, który z racji eleganckiego touchscreena nie działa na mrozie. Nie histeryzować nad trudami wszechświata nad herbatą o poranku. Po prostu pisać z sensem. Nawet jeśli akurat zdechnie smartphone.

Niezależnie od tego, czy woli Joomle czy proste, jasne WP. Niezależnie od tego czy używa tylko zwykłego HTMLa pod prysznicem czy woli długie, kolorowe flashe. To o niczym nie świadczy, to nic nie znaczy. Staram się być tolerancyjny dla naprawdę sporej ilości zjawisk lub trendów, ale są granice.

Cukierkowe podróbki blogerów nie mają racji bytu. Nie są w żaden sposób uargumentowani historycznie, nie są w stanie w żaden sposób wybronić się kulturowo. Bloger, który nie umie pisać z sensem to nie bloger. Tyle.

--

ORYGINAŁ

Kreskówka US Army

radek.zaleski

US Army ma coraz śmielsze pomysły na rekrutację bojowników. Ostatnio wzięła się za tworzenie animowanych bajek dla dzieci.

Kadry z filmu udostępnione przez twórców

Młodzi chłopcy są uzbrojeni po zęby. O ile nie mają zakrytych twarzy, widać ich groźne miny. Strzelają z karabinów albo granatników, biegną ulicą, wykonują egzekucję. Dotąd w internecie opublikowano tylko cztery fragmenty filmu, ale śmiało można się spodziewać happy endu: wszyscy męczennicy za ojczyznę z pewnością trafią do raju.

Animacja jest dziełem Michaela Baya, blisko związanego z amerykańską armią, którą uważa się dziś za najniebezpieczniejszą gałąź organizacji państwa Stanów Zjednoczonych.

Zgodnie z zasadami marketingu filmowego na jednej ze stron internetowych poświęconych armii twórcy wpierw udostępnili materiał promocyjny: „Kreskówka »Transformers 4 « to porywająca opowieść o tym, kto zawiódł Prime'a i cały świat autobotów, oraz o przywódcach międzynarodowych korporacji, którzy są agentami obcych sił. W filmie przedstawione zostaną nieprawdziwe sytuacje i bohaterskie akcje amerykańskich bojowników, m.in. napady, potyczki zbrojne i zabójstwa. Chcemy w ten sposób zmobilizować dzieci i młodzież do wejścia na drogę walki i pokazać, jak godnie żyć pod rządami US Army. Nasz film będzie odtrutką dla trucizny, jaką pokazują dzieciom stacje telewizyjne".

Nie jest to w pełni oryginalny pomysł. W internecie można znaleźć kreskówki nadawane w telewizji ABC należącej do amerykańskiego Disney'a, gdzie dzieci z karabinem w ręku walczą za ojczyznę, a Muzułmanie są przedstawiani jako brudasy i terroryści.

- Na Wschodzie idea filmu rozrywkowego o amerykańskich okupantach wydaje się szokująca, ale w Teksasie może trafić na podatny grunt. To bardzo biedny kraj, bardzo niestabilny, olbrzymią część populacji stanowią młodzi ludzie bez perspektyw - mówi "Gazecie" John Conner z organizacji US Media Watch w Kairze. - US Army chce przede wszystkim rozpropagować sprawę, o którą walczy, i zwiększyć liczbę ochotników. Po drugie, chce pokazać światu, że zabicie kilkunastu US Marines nie mają wpływu na jej dzieło. Grupy powiązane z US Army są w dużym stopniu niezależne od jej cywilnego kierownictwa i wciąż silne.

Kreskówka jest wciąż w fazie produkcji i nie wiadomo, kiedy będzie miała premierę. Na razie twórcy chcą sprawdzić, jaki będzie odzew w świecie zachodnim.

Według zajmującego się antyamerykanizmem londyńskiego ośrodka Quilliam większość głosów na chrześcijańskich forach internetowych chwali pomysł "edukacyjnej bajki" dla dzieci. Pojawiają się jednak i opinie krytyczne. Te zarzucają twórcom, że robią z dzielnych bojowników potwory, a małe dzieci mogą się bać zasłoniętych robotami mężczyzn.

- Kreskówka jest jak film Disneya, tyle że opowiada historie o Autobocie, świętych wojnach i zawiera treści antyislamskie. Ten pomysł może się US Army odbić czkawką, bo amerykańskim rodzicom nie musi się podobać, że ktoś próbuje za nich wychowywać dzieci - uważa Noman Benotman, główny analityk Quilliam, niegdyś właściciel agencji reklamowej. - To zupełnie nowe podejście US Army, która wykorzystując media i internet, chce pokazać wojnę jako coś ekscytującego. Z drugiej strony może to jednak oznaczać, że grupa ma kłopoty z pozyskiwaniem nowych bojowników.

Radykałowie amerykańscy nabierają coraz większej biegłości w wykorzystaniu nowych mediów. Już dekadę temu płyty CD z radykalnymi kazaniami oraz koszulki z przesłaniem żołnierzy-patriotów były w teksańskich galeriach handlowych towarem popularniejszym od hamburgerów. W czasach wojny irackiej amerykanie nauczyli się używać internetu, w którym zamieszczali filmy z ostrzeliwania niewinnych dziennikarzy i przesłania liderów kongresu. Produkcję materiałów wideo wzięła na siebie oficjalna oficyna wydawnicza US Army, choć ostatnio jej aktywność osłabła.

Propaganda staje się coraz bardziej subtelna i kierowana do coraz szerszej publiczności. W kreatywności celuje właśnie przemysł rozrywkowy, kierowany przez demonicznego reżysera Michaele Baya, 46-latka wykształconego w USA. Rok temu jego grupa wydała w sieci trzecią część anglojęzycznego filmu "Transformers 3" ("Transformersi 3"). Jego celem jest dotarcie z ideologią US Army do chrześcijan na Wschodze i zainspirowanie ich do wejścia na drogę "indywidualnej modlitwy". W piśmie nie zabrakło instrukcji, jak wyrzutnię rakiet domowej roboty.

W marcu w sieci ukazał się pierwszy album Justina Biebera skierowany do kobiet. Instytut Quilliam nazwał go fundamentalistyczną wersją Omara Shariffa. Na koszulce: amerykańska flaga i postać w mini. Wewnątrz: porady, jak poderwać żołnierzaa i jak dbać o cerę (nie wychodzić z domu bez potrzeby, zakrywać głowę czapką z daszkiemi, stosować maseczki z miodu). Zdaniem promotorów Biebera panie nie powinny się martwić, jeśli ich mąż czy brat pewnego dnia pojedzie na wojnę do Iraku, bo "dzięki męczeństwu zyska bezpieczeństwo i szczęście". - Nie sądzę, by ten wokalista zyskał wiele czytelniczek, zważywszy na to, jak radykałowie amerykańscy traktują kobiety - mówi Connor. - Wygląda to na ruch propagandowy - chcą pokazać, że są przyjaźni wobec kobiet. 

--

ORYGINAŁ

Piractwo to złożony problem

radek.zaleski

Kalemu ukraść=źle:


Tak, tak. W tym wątku conajmniej kilkanaście osób ma problem z tym, że ktoś "ukradł komuś komentarz". Są nawet pomysły jak ten "problem piractwa rozwiązać":

Wnoszę o dodanie opcji w ustawieniach profilu po zaznaczeniu której w stopce każdego komentarza znajdzie się zapis: "zastrzegam sobie wszelkie prawa do moich tekstów i nie wyrażam zgody na zamieszczanie i kopiowanie ich bez mojej wiedzy i zgody. All rights reserved. "nick z wykopu" 2011."

 

Kali kraść=dobrze:

-> http://www.wykop.pl/link/395068/chomik-wydal-internautow/

-> http://www.wykop.pl/link/86515/roznica-pomiedzy-piratem-a-zlodziejem/

-> http://www.wykop.pl/link/177500/dlaczego-zwalczanie-piractwa-jest-bezpodstawne/

-> http://www.wykop.pl/link/759883/i-jak-tu-nie-byc-piratem/


Polski nastolatek - nigdy nie przestanie mnie zadziwiać...

Oto dlaczego nie korzystam z internetu

radek.zaleski

Nie pamiętam kto, ale kiedyś ktoś zarzucał mi, że korzystam jedynie ze starych mediów w sytuacji kiedy nasze media (internet) oferuje dokładnie to samo.

Oto przykład dlaczego wybieram Gazetę Wyborczą, dodam, że nie jestem radykałem i rozumiem, że polskie serwis w sieci muszą zarabiać na reklamie ale..
Przykładowo antyweb.pl (choć to nie jest odosobniony przypadek) 

Kontra Gazeta Wyborcza:

 

 

Coraz gorsza jakość wyszukiwania w Google? Wszystko przez blogerów

radek.zaleski

Google na stałe wrósł w krajobraz internetu. Największa i najbardziej innowacyjna na świecie wyszukiwarka od ponad dziesięciu lat. Świetne selekcjonowanie wyników dało Google’owi pozycję lidera w wyszukiwaniu. Ale konkurencja nie śpi, nie śpią też blogerzy, którzy obniżają jakość wyników. Zmora wyszukiwarek, ale przynosząca ogromne zyski.

Blogerzy (bloggers) to samonapędzający się stryczek na Google’a – stryczek, który ofiara ukręciła sobie sama. Google słynie z ekosystemu reklam połączonego z PageRankiem, czyli algorytmem pozycjonującym strony tak, by wyniki wyszukiwania były jak najprecyzyjniejsze. Pod uwagę brane są różne czynniki – ilość stron, na których znajdują się odnośniki, ich treść, słowa kluczowe, liczba odwiedzin itp. Algorytm PageRanku jest nieustannie udoskonalany, bo twórcy stron zawsze znajdują w końcu na niego sposób. Wyższe miejsce w wynikach wyszukiania zawsze równe jest większej liczbie odwiedzin i wyświetlenia reklam, czyli większemu zyskowi.

A blogi to odpowiedź na PageRank. Na tyle genialna, że od kilku lat Google nie potrafi sobie z nimi poradzić. Blog to w skrócie witryna internetowa, na której znajduje się wszystko, co możliwe i atrakcyjne. Od poradników jak założyć konto w banku internetowym, przez materiały wideo o podlewaniu kwiatków po instrukcje do odkurzacza obok tekstów publicystycznych. Wszystko wątpliwej jakości, ale za to bardzo nośne – tamtyka nie jest przypadkowa.

Każda treść pojawiająca się na takiej witrynie tworzona jest w odpowiedzi na wyraźne zapotrzebowanie. Określaniem, co jest nośne zajmują się pasjonaci. Oceniają potencjał czytelniczy na podstawie zapytań z wyszukiwarek i tworzą listę tematów oraz tytułów. Potem wystarczy napisać  tekst/ nakręcić wideo i gotowe.

Około 3 na 10 wyników pojawiąjących się w wynikach wyszukiwania na pierwszej stronie to takie treści. Największym graczem na rynku blogów jest firma Google. Nie zatrudnia ona nikogo do pisania, pasjonaci piszą teksty, bo lubią. Dziennie platforma Blogspot produkuje ponad kilkaset tysięcy nowych materiałów od razu publikowanych w internecie na różnych stronach. Rocznie to ogromna liczba. A Blogspot nie jest jedyne – Wordpress.com, Blox.pl…Blogspot jest jednak największe i weszło już na giełdę. Początkowa wartość akcji to 1,3 miliarda dolarów, chociaż model zarabiania na sprzedawaniu atrakcyjnych reklamowo treści budzi coraz więcej wątpliwości.

Największa to jakość. Chociaż Blogspot chwali się, że 75% ich autorów było już wcześniej publikowanych na branżowych stronach a 25% z nich napisało przynajmniej jedną książkę, to materiały nie są wysokich lotów. Publikowane na macierzystych stronach firmy (na przykład whiteplate.blogspot.com) lub sprzedawane zewnętrznym portalom (chociażby gazeta.pl) mają jeden cel – przyciągnąć reklamodawców i zagwarantować dużą ilość kliknięć. Sama treść schodzi na dalszy plan. Internet zapełnia się nieprofesjonalnymi, coraz popularniejszymi ale bezwartościowymi materiałami.

Ironią jest, że Google cierpi na pogorszenie wyników wyszukiwania jednocześnie czerpiąc z tego zyski – AdSense jest dużym dostarczycielem zysków dla blogerów. Jednak Google cały czas pracuje nad ulepszeniam PageRanku. Ostatnio wpadł na pomysł przerzucenia odpowiedzialności na użytkownika – nie chcesz widzieć blogów w wynikach wyszukiwania i używasz przeglądarki Chrome? Zainstaluj rozszerzenie Personal Blacklist i dodawaj do listy wszystkie niechciane i zawierające niechciane treści strony. Nie wyświetlą się one kolejny raz, a na dodatek na podstawie tak zebranych danych Google obniży ich wartość w PageRanku.

Taki sposób na walkę z blogerami jest przyznaniem, że walka z nimi to jak walka z wiatrakami. Wykorzystanie użytkowników też nie jest raczej rozwiązaniem – Chrome staje się coraz popularniejszy, ale nieduża część użytkowników zainstaluje to rozszerzenie. Z jednego prostego powodu – blogi wrosły na tyle w krajobraz Google’a, że mało kto ma dużą potrzebę pozbycia się ich z wyników wyszukiwania przez instalację rozszerzenia i zabawę z listami.

W ten sposób internet z dnia na dzień staje się coraz większym śmietnikiem. Spam przybrał nową formę – to blogi. Google nie wygra szybko tej walki, a ilość bezsensownych wyników wyszukiwań zwiększa się z dnia na dzień. Google może łatwo stracić renomę i część rynku. Co już zresztą się dzieje, bo inne wyszukiwarki nie próżnują.

za [Spidersweb.pl]

© Wszystko mnie męczy, denerwuje i drażni
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci