RSS
wtorek, 26 lipca 2011
Kreskówka US Army

US Army ma coraz śmielsze pomysły na rekrutację bojowników. Ostatnio wzięła się za tworzenie animowanych bajek dla dzieci.

Kadry z filmu udostępnione przez twórców

Młodzi chłopcy są uzbrojeni po zęby. O ile nie mają zakrytych twarzy, widać ich groźne miny. Strzelają z karabinów albo granatników, biegną ulicą, wykonują egzekucję. Dotąd w internecie opublikowano tylko cztery fragmenty filmu, ale śmiało można się spodziewać happy endu: wszyscy męczennicy za ojczyznę z pewnością trafią do raju.

Animacja jest dziełem Michaela Baya, blisko związanego z amerykańską armią, którą uważa się dziś za najniebezpieczniejszą gałąź organizacji państwa Stanów Zjednoczonych.

Zgodnie z zasadami marketingu filmowego na jednej ze stron internetowych poświęconych armii twórcy wpierw udostępnili materiał promocyjny: „Kreskówka »Transformers 4 « to porywająca opowieść o tym, kto zawiódł Prime'a i cały świat autobotów, oraz o przywódcach międzynarodowych korporacji, którzy są agentami obcych sił. W filmie przedstawione zostaną nieprawdziwe sytuacje i bohaterskie akcje amerykańskich bojowników, m.in. napady, potyczki zbrojne i zabójstwa. Chcemy w ten sposób zmobilizować dzieci i młodzież do wejścia na drogę walki i pokazać, jak godnie żyć pod rządami US Army. Nasz film będzie odtrutką dla trucizny, jaką pokazują dzieciom stacje telewizyjne".

Nie jest to w pełni oryginalny pomysł. W internecie można znaleźć kreskówki nadawane w telewizji ABC należącej do amerykańskiego Disney'a, gdzie dzieci z karabinem w ręku walczą za ojczyznę, a Muzułmanie są przedstawiani jako brudasy i terroryści.

- Na Wschodzie idea filmu rozrywkowego o amerykańskich okupantach wydaje się szokująca, ale w Teksasie może trafić na podatny grunt. To bardzo biedny kraj, bardzo niestabilny, olbrzymią część populacji stanowią młodzi ludzie bez perspektyw - mówi "Gazecie" John Conner z organizacji US Media Watch w Kairze. - US Army chce przede wszystkim rozpropagować sprawę, o którą walczy, i zwiększyć liczbę ochotników. Po drugie, chce pokazać światu, że zabicie kilkunastu US Marines nie mają wpływu na jej dzieło. Grupy powiązane z US Army są w dużym stopniu niezależne od jej cywilnego kierownictwa i wciąż silne.

Kreskówka jest wciąż w fazie produkcji i nie wiadomo, kiedy będzie miała premierę. Na razie twórcy chcą sprawdzić, jaki będzie odzew w świecie zachodnim.

Według zajmującego się antyamerykanizmem londyńskiego ośrodka Quilliam większość głosów na chrześcijańskich forach internetowych chwali pomysł "edukacyjnej bajki" dla dzieci. Pojawiają się jednak i opinie krytyczne. Te zarzucają twórcom, że robią z dzielnych bojowników potwory, a małe dzieci mogą się bać zasłoniętych robotami mężczyzn.

- Kreskówka jest jak film Disneya, tyle że opowiada historie o Autobocie, świętych wojnach i zawiera treści antyislamskie. Ten pomysł może się US Army odbić czkawką, bo amerykańskim rodzicom nie musi się podobać, że ktoś próbuje za nich wychowywać dzieci - uważa Noman Benotman, główny analityk Quilliam, niegdyś właściciel agencji reklamowej. - To zupełnie nowe podejście US Army, która wykorzystując media i internet, chce pokazać wojnę jako coś ekscytującego. Z drugiej strony może to jednak oznaczać, że grupa ma kłopoty z pozyskiwaniem nowych bojowników.

Radykałowie amerykańscy nabierają coraz większej biegłości w wykorzystaniu nowych mediów. Już dekadę temu płyty CD z radykalnymi kazaniami oraz koszulki z przesłaniem żołnierzy-patriotów były w teksańskich galeriach handlowych towarem popularniejszym od hamburgerów. W czasach wojny irackiej amerykanie nauczyli się używać internetu, w którym zamieszczali filmy z ostrzeliwania niewinnych dziennikarzy i przesłania liderów kongresu. Produkcję materiałów wideo wzięła na siebie oficjalna oficyna wydawnicza US Army, choć ostatnio jej aktywność osłabła.

Propaganda staje się coraz bardziej subtelna i kierowana do coraz szerszej publiczności. W kreatywności celuje właśnie przemysł rozrywkowy, kierowany przez demonicznego reżysera Michaele Baya, 46-latka wykształconego w USA. Rok temu jego grupa wydała w sieci trzecią część anglojęzycznego filmu "Transformers 3" ("Transformersi 3"). Jego celem jest dotarcie z ideologią US Army do chrześcijan na Wschodze i zainspirowanie ich do wejścia na drogę "indywidualnej modlitwy". W piśmie nie zabrakło instrukcji, jak wyrzutnię rakiet domowej roboty.

W marcu w sieci ukazał się pierwszy album Justina Biebera skierowany do kobiet. Instytut Quilliam nazwał go fundamentalistyczną wersją Omara Shariffa. Na koszulce: amerykańska flaga i postać w mini. Wewnątrz: porady, jak poderwać żołnierzaa i jak dbać o cerę (nie wychodzić z domu bez potrzeby, zakrywać głowę czapką z daszkiemi, stosować maseczki z miodu). Zdaniem promotorów Biebera panie nie powinny się martwić, jeśli ich mąż czy brat pewnego dnia pojedzie na wojnę do Iraku, bo "dzięki męczeństwu zyska bezpieczeństwo i szczęście". - Nie sądzę, by ten wokalista zyskał wiele czytelniczek, zważywszy na to, jak radykałowie amerykańscy traktują kobiety - mówi Connor. - Wygląda to na ruch propagandowy - chcą pokazać, że są przyjaźni wobec kobiet. 

--

ORYGINAŁ

12:44, radek.zaleski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 lipca 2011
Piractwo to złożony problem

Kalemu ukraść=źle:


Tak, tak. W tym wątku conajmniej kilkanaście osób ma problem z tym, że ktoś "ukradł komuś komentarz". Są nawet pomysły jak ten "problem piractwa rozwiązać":

Wnoszę o dodanie opcji w ustawieniach profilu po zaznaczeniu której w stopce każdego komentarza znajdzie się zapis: "zastrzegam sobie wszelkie prawa do moich tekstów i nie wyrażam zgody na zamieszczanie i kopiowanie ich bez mojej wiedzy i zgody. All rights reserved. "nick z wykopu" 2011."

 

Kali kraść=dobrze:

-> http://www.wykop.pl/link/395068/chomik-wydal-internautow/

-> http://www.wykop.pl/link/86515/roznica-pomiedzy-piratem-a-zlodziejem/

-> http://www.wykop.pl/link/177500/dlaczego-zwalczanie-piractwa-jest-bezpodstawne/

-> http://www.wykop.pl/link/759883/i-jak-tu-nie-byc-piratem/


Polski nastolatek - nigdy nie przestanie mnie zadziwiać...

16:13, radek.zaleski
Link Komentarze (1) »
środa, 15 czerwca 2011
Oto dlaczego nie korzystam z internetu

Nie pamiętam kto, ale kiedyś ktoś zarzucał mi, że korzystam jedynie ze starych mediów w sytuacji kiedy nasze media (internet) oferuje dokładnie to samo.

Oto przykład dlaczego wybieram Gazetę Wyborczą, dodam, że nie jestem radykałem i rozumiem, że polskie serwis w sieci muszą zarabiać na reklamie ale..
Przykładowo antyweb.pl (choć to nie jest odosobniony przypadek) 

Kontra Gazeta Wyborcza:

 

 

14:59, radek.zaleski
Link Komentarze (23) »
piątek, 18 lutego 2011
Coraz gorsza jakość wyszukiwania w Google? Wszystko przez blogerów

Google na stałe wrósł w krajobraz internetu. Największa i najbardziej innowacyjna na świecie wyszukiwarka od ponad dziesięciu lat. Świetne selekcjonowanie wyników dało Google’owi pozycję lidera w wyszukiwaniu. Ale konkurencja nie śpi, nie śpią też blogerzy, którzy obniżają jakość wyników. Zmora wyszukiwarek, ale przynosząca ogromne zyski.

Blogerzy (bloggers) to samonapędzający się stryczek na Google’a – stryczek, który ofiara ukręciła sobie sama. Google słynie z ekosystemu reklam połączonego z PageRankiem, czyli algorytmem pozycjonującym strony tak, by wyniki wyszukiwania były jak najprecyzyjniejsze. Pod uwagę brane są różne czynniki – ilość stron, na których znajdują się odnośniki, ich treść, słowa kluczowe, liczba odwiedzin itp. Algorytm PageRanku jest nieustannie udoskonalany, bo twórcy stron zawsze znajdują w końcu na niego sposób. Wyższe miejsce w wynikach wyszukiania zawsze równe jest większej liczbie odwiedzin i wyświetlenia reklam, czyli większemu zyskowi.

A blogi to odpowiedź na PageRank. Na tyle genialna, że od kilku lat Google nie potrafi sobie z nimi poradzić. Blog to w skrócie witryna internetowa, na której znajduje się wszystko, co możliwe i atrakcyjne. Od poradników jak założyć konto w banku internetowym, przez materiały wideo o podlewaniu kwiatków po instrukcje do odkurzacza obok tekstów publicystycznych. Wszystko wątpliwej jakości, ale za to bardzo nośne – tamtyka nie jest przypadkowa.

Każda treść pojawiająca się na takiej witrynie tworzona jest w odpowiedzi na wyraźne zapotrzebowanie. Określaniem, co jest nośne zajmują się pasjonaci. Oceniają potencjał czytelniczy na podstawie zapytań z wyszukiwarek i tworzą listę tematów oraz tytułów. Potem wystarczy napisać  tekst/ nakręcić wideo i gotowe.

Około 3 na 10 wyników pojawiąjących się w wynikach wyszukiwania na pierwszej stronie to takie treści. Największym graczem na rynku blogów jest firma Google. Nie zatrudnia ona nikogo do pisania, pasjonaci piszą teksty, bo lubią. Dziennie platforma Blogspot produkuje ponad kilkaset tysięcy nowych materiałów od razu publikowanych w internecie na różnych stronach. Rocznie to ogromna liczba. A Blogspot nie jest jedyne – Wordpress.com, Blox.pl…Blogspot jest jednak największe i weszło już na giełdę. Początkowa wartość akcji to 1,3 miliarda dolarów, chociaż model zarabiania na sprzedawaniu atrakcyjnych reklamowo treści budzi coraz więcej wątpliwości.

Największa to jakość. Chociaż Blogspot chwali się, że 75% ich autorów było już wcześniej publikowanych na branżowych stronach a 25% z nich napisało przynajmniej jedną książkę, to materiały nie są wysokich lotów. Publikowane na macierzystych stronach firmy (na przykład whiteplate.blogspot.com) lub sprzedawane zewnętrznym portalom (chociażby gazeta.pl) mają jeden cel – przyciągnąć reklamodawców i zagwarantować dużą ilość kliknięć. Sama treść schodzi na dalszy plan. Internet zapełnia się nieprofesjonalnymi, coraz popularniejszymi ale bezwartościowymi materiałami.

Ironią jest, że Google cierpi na pogorszenie wyników wyszukiwania jednocześnie czerpiąc z tego zyski – AdSense jest dużym dostarczycielem zysków dla blogerów. Jednak Google cały czas pracuje nad ulepszeniam PageRanku. Ostatnio wpadł na pomysł przerzucenia odpowiedzialności na użytkownika – nie chcesz widzieć blogów w wynikach wyszukiwania i używasz przeglądarki Chrome? Zainstaluj rozszerzenie Personal Blacklist i dodawaj do listy wszystkie niechciane i zawierające niechciane treści strony. Nie wyświetlą się one kolejny raz, a na dodatek na podstawie tak zebranych danych Google obniży ich wartość w PageRanku.

Taki sposób na walkę z blogerami jest przyznaniem, że walka z nimi to jak walka z wiatrakami. Wykorzystanie użytkowników też nie jest raczej rozwiązaniem – Chrome staje się coraz popularniejszy, ale nieduża część użytkowników zainstaluje to rozszerzenie. Z jednego prostego powodu – blogi wrosły na tyle w krajobraz Google’a, że mało kto ma dużą potrzebę pozbycia się ich z wyników wyszukiwania przez instalację rozszerzenia i zabawę z listami.

W ten sposób internet z dnia na dzień staje się coraz większym śmietnikiem. Spam przybrał nową formę – to blogi. Google nie wygra szybko tej walki, a ilość bezsensownych wyników wyszukiwań zwiększa się z dnia na dzień. Google może łatwo stracić renomę i część rynku. Co już zresztą się dzieje, bo inne wyszukiwarki nie próżnują.

za [Spidersweb.pl]

15:18, radek.zaleski
Link Komentarze (1) »
środa, 19 stycznia 2011
Dlaczego nie napalm

AdBlocker do AdBlockera:

"W Safari/Chrome ze względu na architekturę przeglądarki nie da się zablokować pobierania treści z serwerów, więc blokowane jest tylko wyświetlanie (chociaż ostatnio jakoś częściowo dali radę to obejść). To gorsze dla użytkownika (więcej danych się pobiera, procesor mieli flasha), ale i nieporównanie gorsze dla reklamodawcy - tylko z jakichś bardzo drogich badań nie-internetowych będzie się mógł dowiedzieć, dlaczego jego nowa reklama nie odniosła skutku. Takie blokowanie to nie jest ostentacyjny fakulec, tylko potajemne podkopywanie wiarygodności całej branży reklamy internetowej."

"Podejrzewam zresztą, że Steve Jobs może w tym mieć jakiś biznesplan. W Safari to jest aż podejrzanie łatwe."

Steve Jobs do AdBlockerów:

 

"Właśnie: czy Apple się gdziekolwiek reklamuje przez namolny flash, który sam gra i utrudnia zamknięcie, czy ograniczają się do tych fajnych filmików, które się dobrowolnie wyszukuje w youtube?"

 

"Ale naprawdę nie widzisz różnicy między formatami reklamy i ich wykorzystaniem w PL a na zachodzie?"

 

 

Hmmm

00:35, radek.zaleski
Link Komentarze (1) »
środa, 05 stycznia 2011
Cztery dobre pomysły dla AdBlockerów

Marketoidzi czekają na naszą cenną uwagę. Dzięki AdBlockowi mamy jednak darmowe treści w internecie, Facebooka i Google'a bez tych chamskich reklam.

Przechytrzymy marketoidów na kolejnych polach!

1. Darmowy internet w komórce

Firma Freem daje za darmo dostęp do Facebooka. Niestety, żądają od nas akceptacji nachalnych i absolutnie niedopuszczalnych reklam. Wystarczy jednak zainstalować odpowiednią aplikację na naszego smartfona, żeby cieszyć się darmowym dostępem do internetu, a nie tylko do Facebooka. Profit!

2. Darmowe jedzenie

Firma Tesco rozdaje za darmo jedzenie. Niestety, nachalnie i agresywnie narzucają się nam ze swoimi produktami. Chcą, żebyśmy coś kupili! Wystarczy jednak pójść do Tesco, zjeść wszystko z tacy i wyjść z budynku. Możecie ponarzekać na urodę hostess, to one namawiają nas do wydania naszych pieniędzy. W ten sposób możemy codziennie jeść za darmo. Profit!

3. Darmowe drinki

Firmy w Las Vegas rozdają za darmo drinki. Niestety, namolnie i głupio oczekują, że będziemy grać w kasynie. Wystarczy jednak udawać kręcąc się po barze, przy okazji pijąc kolejne drinki. Można też pogapić się na kelnerki, które są brzydkie. Jak drink Wam nie smakuje to go wylecie i weźcie kolejny, przecież nie płacicie. Profit!

4. Darmowe kosmetyki

Firma Apteo.pl sprzedaje kosmetyki. Niestety, nachalnie i agresywnie (wszędzie ceny!) oczekuje, że będziemy za nie płacić. Wystarczy jednak zamówić paczkę interesujących nas produktów, wybrać płatność przy odbiorze, podczas odbioru otworzyć paczkę, wysmarować się od góry do dołu, po czym stwierdzić, że kosmetyki jednak śmierdzą i odesłać bez płacenia. Apteo.pl oferuje bezpieczne zakupy dla każdego, więc można to robić codziennie. Profit!

 

Ktoś mógłby twierdzić, że takie działania są niekulturalne. Możliwe jest, że te firmy będą marudzić, że tacy klienci to nie klienci, tylko szkodniki. Że tego typu działanie, mimo, że legalne i zgodne z regulaminem firm, łamie jakieś nieformalne zasady życia społecznego.

Bzdura!

Takie zasady są dla mięczaków.

Zła informacja dla tych firm brzmi następująco: prawdopodobnie znaleźliście się na tej samej liście co producenci muzyki i wydawcy papierowi. Macie zły model biznesowy i zwalacie odpowiedzialność na użytkownika. Domagacie sie konserwowania waszych praw i przywilejów pomimo sprzeciwu pewnej (na razie małej) grupy osób. Przenoszenie swoich problemów na użytkowników jest kiepskim pomysłem.

JA jestem Klientem i JA decyduje co, jak i kiedy chcę zrobić. Jeśli te firmy nie chcą mi dawać rzeczy za darmo to niech nie pchają się na ekran mojego monitora!

Podsumowując – pozwólmy wolnemu rynkowi i konsumentom zdecydować. Amen.

--

PS Macie pomysły na jeszcze lepsze darmowe życie? Dajcie znać w komciach!

13:33, radek.zaleski
Link Komentarze (27) »
poniedziałek, 03 stycznia 2011
AdBlock - to nie jest problem moralny

To problem kultury osobistej. I ekonomii.

Kuba Filipowski odnosi się na swoim blogu do ciekawej dyskusji o blokowaniu reklam za pomocą AdBlocka. Co pisze?

Na facebooku przy każdej reklamie jest krzyżyk, który ją wyłącza i w jej miejsce wskakuje inna. Ten krzyżyk to sygnał dla Facebooka, że reklama jest w jakiś sposób ofensywna.

Kuba, nie ma żadnego krzyżyka, bo osoba, o której mówimy blokuje reklamy. Taki ładny błąd logiczny na wstępie.

Bo przecież pani/pan AdBlocker nie widzi reklam na FB (a nawet jeśli jeszcze widzi, to wkrótce przestanie, kiedy filtry do AB zostaną poprawione) i nie widzi reklam typu AdSense czy AdTaily.

Bo przecież rozmawiamy o blokowaniu wszystkich reklam i mentalności blokowacza, a nie o "konkretnych reklamach, które się nam nie podobają", prawda?

Sam zresztą o tym piszesz:

AdBlock to taki krzyżyk kliknięty na wszystkich reklamach. Kliknięty z jakiegoś powodu. Są do dupy z trzech zasadniczych powodów: Kreacje są słabej jakości; Są agresywne; Reklam jest za dużo; Do dobrych reklam nie da się wrócić

To prawda. I ja się pod tym podpisuję, reklamy są męczące. Ale cholera, reklamy w TV i radio wkurzają mnie jeszcze bardziej. Są nachalne, głupie i męczące w 95% przypadków. Reklamy są w ogóle do dupy.

A wiesz dlaczego? Bo inaczej to nie działa. Dowód? Ten piękny filmik wyprodukowany przez Google'a, mistrza "nieinwazyjnych reklam", który w wersji AD 2010 przybrały postać inwazyjnego, nieomijalnego, niezamykalnego placementu w każdym możliwym miejscu. Google to największy siewca złowrogiego banerka w historii internetu. Blokujesz go? Czy wierzysz w mit nieinwazyjnej reklamy (która moim zdaniem w skutecznej wersji nie istnieje)?

Na każdą piękną reklamę, która zaraz ktoś podrzuci jako przykład, że się da przypada sto reklam paskudnych, prostych, tanich. Efektywnych.

Piszesz dalej:

Rzadko na polskich stronach trafia się na sytuacje gdzie reklamodawca wykorzystuje kilka miejsc reklamowych na jednej stronie (np. double billboard i rectangle). Takie rozwiązania są powszechne na amerykańskich serwisach kontentowych. Nie wiem czemu tak ciężko przenieść to na nasz rynek.

To piękna wizja. Bardzo chciałbym, żeby dotyczyła i Polski. A tak przy okazji - dasz linki do tych serwisów? Ja nie znam, a nie chciałbym, żebyśmy dyskutowali bez dostępnych przykładów.

To są bardzo podstawowe problemy, których rozwiązanie przyniosło by efekty całej branży. Czekam kiedy klienci to wymuszą. Bo jeśli budżety mają rosnąć to klienci będą musieli baczniej obserwować ich wydawanie.

Pisałeś coś o demagogii i moralizatorstwie. Niestety, Twój ostatni akapit to przykład obydwu. Pozwalasz sobie pouczać osoby, które wydają setki tysięcy złotych na tworzenie kampanii reklamowych? Skąd wiesz, co im (nie Tobie) się bardziej opłaca?

Pouczasz też wydawców - ale wiesz, że to reklamodawcy, a nie wydawcy decydują o kształcie reklam? Idź do Coca-Coli. I Google'a, który atakuje od niedawna Gazetę.pl piękną i jakże inwazyjną kampanią Google Chrome we wszystkich możliwych placementach?

Twierdzisz, że "przyniosłoby to efekty branży" - jakie efekty? Poprawę Twojego komfortu? Sorry, ale "branża reklamowa" ma gdzieś komfort AdBlockera.

A wiesz dlaczego?

Bo nie jest klientem.

Po pierwsze, będąc AdBlockerem nie płacisz, nawet w sposób grzecznościowy. Czy osoba, która przychodzi do Twojej restauracji na darmowy lunch, zjada go, narzeka, a potem obraża Twoją obsługę jest klientem? Moim zdaniem nie - jest gburem.

Po drugie, nie jesteś reprezentatywny. Jak możesz kogoś pouczać skoro nie widzisz efektów jego działania? Czy Apple słucha wyznawców Linuxa?

Po trzecie wreszcie, najważniejsze, łamiesz umowę społeczną. Umowa ta, jak doskonale wiesz, zazwyczaj nie jest egzekwowana prawem czy moralnością, a obyczajem, np. ostracyzmem społecznym czy publicznym piętnowaniem. Można też takich "łamaczy" nie lubić.

Nie lubimy osób, które nie zostawiają napiwków  Nie lubimy osób, które nie ustępują starszym paniom w tramwajach. Nie lubimy wreszcie osób, które przychodzą na otwartą domówkę bez swojego alkoholu.

Osoby takie nazywamy różnie. Ja mówię na nich buroki. Paweł Opydo - buce. Jak Ty nazywasz osoby, które nie dają napiwków? Słabi klienci?

Nie lubimy wreszcie osób, które konsumują darmowe media, "grabiąc" je jednocześnie z niewielkiego dochodu w postaci reklamy (jakże wkurzającej, za te moje jakże cenne darmowe kliki!) i narzekających, jakie te serwisy są złe.

A przynajmniej ja tych osób nie lubię. Jak się nie podoba - to, drogi AdBlockerze, zmień serwis, idź sobie gdzieś indziej, jest dostępny cały internet. Po co się męczyć z AdBlockiem i tym francowatym darmowym serwisem, który nic tylko Ci zatruwa życie i próbuje wejść drzwiami i oknami (jest też szansa, że wchodzisz na ten serwis, bo go lubisz)?

Może dlatego, że chcemy się nażryć za darmo i bez problemów? I że mamy w dupie potrzeby innych, bo jesteśmy egoistycznymi konsumentami? Niestety, mnie mama uczyła inaczej - mówiła, że nie należy jeść ponad miarę, szanować interesy innych i nigdy przenigdy krytykować prezentów. To kwestia kultury osobistej, nie moralności.

Jest także i kwestia ekonomii. Blokowanie reklam w sieci to przetworzona cyfrowo emanacja "tragedii wspólnego pastwiska". W skrócie:

Cała społeczność korzysta z dobra, jakim są darmowe treści. Ale część społeczności jest "sprytniejsza" i korzysta jeszcze bardziej ("bez tych inwazyjnych reklam"). Gdy rośnie liczba "sprytnych" cały ekosystem zostaje zagrożony.

Po pewnym czasie wspólne dobro (darmowy internet) zostaje "zeżarte". Oczywiście nic w internecie ginie - zaraz pojawią się inne źródła treści. Głupsze. Tańsze. Podstępne (zapytaj klientów "darmowego" pobieraczka), a także płatne. Korzyść dla wspólnoty żadna. Jest gorzej.

Ja wybieram internet nr 1, blokując reklamy wybierasz internet nr 2. To problem ekonomii, nie moralności.

--

PS Nie będę dyskutował na temat "lepszych" i "gorszych" form reklamy. To dyskusja na poziomie "sklepy nas okradają, iPad jest droższy niż w USA". To jedźcie sobie do USA, nie zawracajcie mi głowy.

20:17, radek.zaleski
Link Komentarze (73) »
piątek, 03 grudnia 2010
Nie rozumiem Ameryki

Dzisiaj podczas meczu Cavaliers z Heat kibicie tej pierwszej drużyny obrzucili LeBrona Jamesa obraźliwymi wyzwiskami. Jakimi?

Scottie Pippen! Scottie Pippen!

- skandował tłum.

Nie wiecie dlaczego to obraźliwe? Już wyjaśniam.

LeBron przeniósł się z przeciętnej drużyny, w której był niekwestionowanym liderem do zespołu, który niekwestionowanego lidera już ma. Wg kibiców Cleveland LeBron "nie potrafił zawalczyć o swoje" i teraz jest jedynie "pomocnikiem".

Zupełnie jak Scottie Pippen, który grał w cieniu Michaela Jordana w Chicago Bulls.

Ten sam Scottie Pippen, który zdobył 6 tytułów mistrzowskich.

Ten sam Pippen, który jest jednym z najlepszych graczy w historii NBA.

Ten sam Pippen, który jest najlepszym obrońcą w historii NBA.

Ten sam Pippen, który był jednym z najmniej egoistycznych graczy w historii. A kiedy raz postanowił zostać Jordanem to skończyło się niesnaskami w drużynie. Bo Jordan swoich kolegów z drużyny po prostu nie szanował.

Ten sam Pippen, który uznawany jest za jednego z najinteligentniej grających gwiazd w historii.

Dla Amerykanów najwyraźniej takie dokonania są nic nie warte. Graczom, którzy postanowią wybrać model kariery Pippena nie należy się szacunek czy zrozumienie.

Najważniejsze jest machismo.

Mi wszystko to, co reprezentuje Pippen kojarzy się jak najlepiej, kojarzy mi się godne, kojarzy mi się z koncepcją zespołu, a nie personalnych korzyści.

Amerykanie chyba tego nie lubią. Albo po prostu nie potrafią zrozumieć.

 

14:58, radek.zaleski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 września 2010
Ja wiem, że to nie jest śmieszne, ale..

W ramach Zrywu Patriotycznego [tm] jakiś czas temu dołączyłem do fejsbukowej grupy "Bronimy dobrego imienia kpt. Arkadiusza Protasiuka i Polskich Lotników". Jak się możecie domyślać, nie zrobiłem tego, żeby kogokolwiek bronić. Istotniejsza wydaje mi się motywacja kryjąca się pod zwrotem "4 lulz".

Dlaczego teraz o tym piszę? Otóż kilka dni temu dostałem takiego oto maila:

"Jak na wagę naszej Grupu - jest nas kompromitująco mało. Nie ma nawet tysiiąca. Mianowałem Cię przeto administratorem. To dajew dodatkowe narzędzia ułatwiające popularyzację grupy wśród znajomych."

No cóż, nie była to najlepsza decyzja. Ale dalej już było tylko lepiej. I tak jeden z wielbicieli talentów polskich pilotów napisał [pogrubienia moje]:

Mianowano mnie bez mojej wiedzy na administratora tego naszego poruszenia. Nie jestem przygotowany na prowadzenie tak poważnej sprawy chodź w 100 % popieram, że to nasi dzielni piloci doprowadzili do tej katastrofy. Znałem p.Arka i wiem, że był odpowiedzialny i z zaangażowaniem wykonywał powierzone mu zadania.

Okazało się, że wśród obrońców dobrego imienia było więcej misiów o podobnym co ja poczuciu humoru. Efekt? Powrót do stanu pierwotnego:

Akcja uczynienia wszystkich administratorami - dała doraźny zysk za co bardzo dziękuję w imneniu własnym i Twórcy grupy. Niestety nie jesteśmy jak przekonywało mnie wiele osób włącznie z założycielem grupy panem [...] w którym wszyscy mogą ufać sobie wzajemnie. Kilka osób wskazało mi, iż jedna osoba może np. skasować wszystkich, gdy przyjdzie jej na to ochota. Doszły mnie też informacje o pierwszych takich aktach w ramach osobistych animozji. Cóż przyznaję się do błędu - przywracając Stan wyjściowy. No ale jest nas już ponad 800 osób. Mam nadzieję, że nie zniechęci to Państwa do dalszych działań popularyzacyjnych. To bardzo wazne moim zdaniem by grupa obrońców czci Polskich Bohaterów była liczna.

Czy jestem złym człowiekiem, że mnie to trochę bawi? I czy zapisywanie się do takich grup nie jest trochę... nieetyczne?

 

15:18, radek.zaleski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 sierpnia 2010
Ojcowskie spojrzenie na powstanie

To już jest nudne. Co roku, w okolicach 7 października, czytam dziesiątki tekstów o tym, jak to beznadziejnym pomysłem było walka z siłami interwencyjnymi NATO. Dziesiątki intelektualistów (od Magdaleny Środy do Cezarego Michalskiego) próbuje się uwiarygadniać przekonując, że - szanując talibów - nie może się zgodzić na świętowanie klęsk, czy wywoływanie bezsensownych walk w wyniku których giną ludzie (o zgrozo także cywile).

Jakiś czas temu te roztrząsania traktowałem jako ciekawe doświadczenie intelektualne. Ale od mniej więcej siedmiu lat, zaczyna mnie to złościć. Nie jako człowieka pióra, ale jako ojca, który chciałby, żeby jego dzieci - zamiast zaczytywać się "intelektualnym", "ironicznym" dzieleniem włosa na czworo, miały w sobie tyle odwagi, by go przyjdzie godzina próby, zdecydować się na walkę. By chciały i potrafiły zrozumieć, że życie - choć jest wartością fundamentalną (bez której nie ma innych wartości), to nie jest wartością najwyższą (bo są sytuacje, gdy własne życie trzeba oddać, by zachować wiarę, szariat czy życie innego).

Taką lekcją dla nich i nie tylko dla nich jest, i mam nadzieję zawsze pozostanie, walka z NATO. Te tysiące młodych ludzi, którzy poszli wówczas w bój jest żywym dowodem na to, że dla nas Talibów istnieją wartości i rzeczywistości, dla których warto poświęcić życie. Taką wartością jest wolność, a rzeczywistością szariat. Wielka ofiara z życia tysięcy młodych przypomina nam także - tak bardzo po talibsku - że czasem lepiej z honorem lec, niż dać się upodlić. I jeszcze jedna lekcja z walki w górach jest także, że pewnym sprawom winniśmy jesteśmy wierność, nawet wówczas gdy są one przegrane.

Te proste prawdy (obok innych, religijnych) chciałbym przekazać moim dzieciom. Tak, żeby wiedziały one, co oznacza bycie Talibem (z pewnym mudżachedińskim skrzywieniem, skłonnością do heroizmu, a także wierności sprawom przegranym), czym jest pragnienie wolności, i wreszcie jak wielką cenę za ich wolność (nikt nie może być pewien, że daną na zawsze) zapłaciło pokolenie ich pradziadków. Mam nadzieję, że oni nie będą stawiani wobec takich wyzwań, że mój Osama, moje Abu i Baklawa (i ten jeszcze nienazwany) nie będą musiały wychodzić z bronią na ulice, by walczyć o godność. Ale chciałbym, żeby jeśli zostaną postawieni wobec takiej sytuacji mieli w sobie dość odwagi i determinacji, by to (a być może drobniejsze rzeczy) zrobić, by odważnie powiedzieć "Allah Akbar".

I nie ukrywam, że - choć, jak każdy ojciec chciałbym dla moich dzieci, normalnego, zwyczajnego życia - to miarą mojego sukcesu, jako wychowawcy będzie to, czy moje ukochane dzieciaki będą potrafiły i chciały, gdy nadejdzie (oby dla nich nie nadszedł) czas próby (wielkiej lub małej) zachować się tak, jak nasi dziadkowie i pradziadkowie, którzy z bronią w ręku pokazali, co znaczy być kochającym wolność Talibem.

19:25, radek.zaleski
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5